Przyjechał w marcu. Pamiętam, bo akurat sadziliśmy pierwsze bratki w szkółce, a ja się ucieszyłam – pomyślałam, że wreszcie poczuje, jak to jest siedzieć z mamą cały wieczór, kiedy ona pyta trzeci raz, który jest dzień tygodnia.
Ale Roman nie został na noc. Zabrał mamę na jakieś “sprawy do załatwienia” – tak powiedział przez telefon. Zapytałam jakie sprawy. “Urzędowe, Iwona, nic wielkiego.” Mama wróciła zmęczona i milcząca.
Wtedy nie dociekałam. Miałam tysiąc innych rzeczy na głowie – zamówienie na tuje, wizyta u dentysty, cieknący kran w łazience mamy. Zresztą mama miała lepszy dzień, była spokojna. Pomyślałam, że może Roman zabrał ją do przychodni albo do ZUS-u coś podpisać. Nic wielkiego.
Nic wielkiego.
Mama umarła pod koniec maja. Cicho, we śnie. Przyszłam rano z bułkami, a ona leżała z głową odwróconą do okna, jakby patrzyła na kasztanowiec na podwórku. Byłam spokojna. Potem, na pogrzebie, byłam spokojna.
Na stypie, kiedy ciocia Hanka wspominała mamę młodą, też byłam spokojna. Bo tak naprawdę żegnałam się z nią od dwóch lat – kawałek po kawałku, wizyta po wizycie, każdego wieczoru.
I wtedy stryjenka Basia złapała mnie za łokieć.
“Roman był z mamą u notariusza. Darowizna. Mieszkanie” – powiedziała tak, jakby wyrzucała z siebie kości ryby. Szybko, żeby się nie zakrztusić. “Stryj Władek przypadkiem widział ich na klatce u Kowalskiego, tego notariusza na Piłsudskiego. Pytał Romana, a ten kazał mu się nie wtrącać.”
Stałam przy furtce i patrzyłam na bzy. Białe, gęste, w pełnym rozkwicie. Mama sadziła je, kiedy ojciec jeszcze żył. Ponad trzydzieści lat temu.
Darowizna. Mieszkanie mamy – pięćdziesiąt dwa metry na Sokołowskiej, drugie piętro, balkon na wschód – przepisane na Romana. W marcu, kiedy mama miała lepszy dzień. Na tyle dobry, żeby podpisać. Na tyle zły, żeby nie do końca rozumieć co.
Dalsza część artykułu znajduje się na następnej stronie. Reklama