re tłumaczyłam zmęczeniem – a może to było coś innego.
Sposób, w jaki patrzył przez okno, kiedy myślał, że nie widzę. Ten jeden raz, chyba w dwa tysiące piątym, kiedy wrócił z konferencji w Krakowie i był dziwnie miły przez dwa tygodnie – przynosił kwiaty, pytał o mój dzień. Wtedy cieszyłam się. Teraz zastanawiam się, co zobaczył w Krakowie, albo raczej – co zobaczył w sobie.
Nie było innej kobiety. To wiedziałam na pewno. Wojtek nie miał w sobie nic z uwodziciela, nie potrafił kłamać w drobnych sprawach – trudno uwierzyć, żeby ukrywał romans. Poza tym w uzasadnieniu pozwu nie było ani słowa o kimś innym. Tylko te trzy zdania o rozkładzie pożycia. Suche, urzędowe, jakby opisywał zjawisko pogodowe.
I to było najgorsze. Bo gdyby była inna kobieta, miałabym na co się złościć. Miałabym wroga, powód, narrację: odszedł, bo zakochał się w innej. Ale on nie zakochał się w innej. On po prostu chciał odejść ode mnie. Ode mnie jako takiej. I potem z jakiegoś powodu – nie odszedł.
Czy z miłości? Czy z obowiązku? Czy ze strachu przed samotnością? Czy dlatego, że mama miała wtedy operację i było mu głupio zostawiać mnie w takim momencie – a potem moment minął, i minął następny, i następny, aż minęło dwadzieścia dwa lata?
Ania dzwoniła w środę. Gadałyśmy o Zosi, o przedszkolu, o tym, że Filip znowu ma anginę. Normalny telefon. Chciałam powiedzieć – córeczko, znalazłam coś w biurku taty. Ale nie powiedziałam. Bo co by to zmieniło? Ania kocha ojca. Bartek kocha ojca. Wnuki kochają dziadka. Cała ta konstrukcja – nasza rodzina – stoi na fundamencie, o którym nikt nie wie, że przez chwilę miał pęknąć.
W piątek wieczorem Wojtek zasnął w fotelu przed telewizorem. Koc zsunął mu się na podłogę. Podniosłam go i przykryłam mu nogi. I pomyślałam, że robię to od trzydziestu lat. Przykrywam go, kiedy zaśnie.
Zbieram jego okulary z kanapy. Zostawiam mu lekarstwa na szafce nocnej. Tyle drobnych gestów, które składają się na coś, co może jest miłością, a może jest przyzwyczajeniem tak głębokim, że nie da się go odróżnić od miłości.
A może to jest właśnie miłość po czterdziestu pięciu latach. Nie fajerwerki, nie wielkie słowa. Przykrycie kocem kogoś, kto kiedyś chciał odejść, ale nie odszedł. I ktoś, kto o tym nie wiedział – a teraz wie, i dalej przykrywa.
Nie wyrzuciłam tego pozwu. Nie schowałam go głębiej. Położyłam dokładnie tam, gdzie leżał – między rachunkiem za prąd a polisą OC. Niech leży. Niech czeka na rozmowę, która może kiedyś się odbędzie. Albo nie.
Bo jedno wiem na pewno. Wojtek nie złożył tego pozwu. Przez dwadzieścia dwa lata wstawał rano, pił kawę z tego samego kubka, całował mnie w czubek głowy, kiedy wychodził na uczelnię. Przez dwadzieścia dwa lata wracał. I może pewnego dnia zapytam go – dlaczego został. Ale może wystarczy mi to, że został.
Za oknem kwitną bzy. Białe, jak te, które rosły pod naszym oknem, kiedy się wprowadziliśmy. Wtedy Wojtek powiedział, że lubi ich zapach. Nie wiem, czy to prawda, czy to jedno z wielu zdań, które mówił, żeby coś powiedzieć. Ale bzy kwitną co roku, niezależnie od tego, co myślą ludzie, którzy przy nich mieszkają.