Mąż odszedł, kiedy miałam 58 lat, a wrócił, kiedy skończyłam 61. W progu powiedział: “Nigdzie mi nie było tak dobrze jak u ciebie”

Piłam herbatę. Nie spieszyłam się. Za oknem ktoś kosił trawnik, było słychać równomierne buczenie kosiarki. Na parapecie stała moja doniczka z bazylią, którą wyhodowałam sama od nasionka.

– Tadeusz – zaczęłam. – Ja ci to powiem spokojnie, bo ćwiczyłam to zdanie w głowie od trzech lat.

Wyprostował się.

– Ty odszedłeś, bo ci było nudno – powiedziałam. – Bo trzydzieści dwa lata ze mną to było za mało, żeby wiedzieć, czego chcesz. Poszedłeś do młodszej, ładniejszej, głośniejszej. I to jest twoja sprawa. Masz prawo. Ale ty mnie wtedy nie zapytałeś, czy ja sobie poradzę. Nie zapytałeś, co ja będę robiła sama w tym mieszkaniu po trzydziestu dwóch latach. Powiedziałeś, że ci przykro, i wyszedłeś.

Milczał.

– A ja sobie poradziłam – ciągnęłam. – Nie od razu. Najpierw myślałam, że umieram. Potem myślałam, że umieram, ale wolniej. A potem pewnego dnia wstałam i przestawiłam kanapę. I okazało się, że salon jest większy, niż myślałam. I że lubię ten widok.

Widziałam, jak mu drży podbródek. Nie cieszył mnie ten widok, ale też nie bolał.

– Ty teraz przychodzisz, bo tam ci nie wyszło – powiedziałam. – Nie dlatego, że mnie kochasz. Dlatego, że jestem wygodna. Ja byłam zawsze wygodna – obiad na stole, pranie wyprasowane, rachunki zapłacone. I ty to nazywasz “dobrze”. Że nigdzie ci nie było tak dobrze. Ale ja nie jestem “dobrze”, Tadeusz. Ja jestem człowiek.

Wstał. Krzesło zaskrzypiało o podłogę. Wyglądał jak ktoś, kto właśnie usłyszał diagnozę.

– Wiesława…

– Nie – powiedziałam. – Nie musisz nic mówić. Ja ci to mówię nie po to, żebyś cierpiał. Mówię ci to, bo przez trzy lata nosiłam to w sobie i mam prawo ci to powiedzieć. A teraz dopij herbatę i idź.

Dopił. Postawił kubek w zlewie – odruchowo, jak dawniej. Założył buty w przedpokoju. Przy drzwiach odwrócił się jeszcze.

– Przepraszam – powiedział.

– Wiem – odpowiedziałam. – Ale to za mało.

Zamknęłam drzwi. Stałam chwilę w przedpokoju i słuchałam jego kroków na schodach. Cichły powoli, piętro po piętrze.

Potem wróciłam do kuchni. Wałek w farbie, folia na podłodze, radio cichutko grało coś z lat osiemdziesiątych. Zanurzyłam wałek w kuwecie i zaczęłam malować dalej.

Ściana wychodziła równo, gładko, bez smug. Trzecia warstwa kładła się najlepiej.