I zastałam swoje łóżko na balkonie.
Zadzwoniłam do Anki. Odebrała po piątym sygnale, lekko zdyszana.
– Mamo, Darek mi mówi, że jesteś. Słuchaj, miałam do ciebie zadzwonić wieczorem…
– Anka, moje łóżko stoi na balkonie.
– No tak, bo… Mamo, Darek dostał awans, ale musi mieć osobne miejsce do pracy. Wiesz, spotkania online, kamera, nie może siedzieć w sypialni przy mnie, bo ja mam inne godziny. Pomyśleliśmy, że twój pokój…
– A ja?
– Kupiłam ci nową kanapę. Rozkładaną, wygodną. Stoi w salonie, jeszcze w folii. Będziesz miała cały salon dla siebie, naprawdę, mamo, to jest lepsze rozwiązanie. Więcej miejsca, telewizor bliżej…
Mówiła szybko, jednym ciągiem, jakby bała się, że jeśli zrobi pauzę, to usłyszy to, co chcę powiedzieć. Znałam tę technikę. Tak samo mówiła, kiedy w liceum tłumaczyła się z dwójki z matmy.
– Anka – przerwałam jej. – Przyszłaś do mojego mieszkania, wyniosłaś moje łóżko, zabrałaś mi pokój i mówisz mi o tym przez telefon?
– Mamo, nie dramatyzuj. To nie jest „zabranie”. To przeorganizowanie przestrzeni. Mieszkamy tu we trójkę, musimy się jakoś dogadywać.
Jakoś dogadywać. We trójkę. W moim mieszkaniu.
Odłożyłam telefon na stolik w przedpokoju. Ten sam stolik, na który Staszek zawsze rzucał klucze, wracając z roboty. Mały, drewniany, nogi lekko krzywe, bo sam go robił. Stałam i patrzyłam na swoje odbicie w lustrze. Zmęczona kobieta z sanatoryjną opalenizną i walizką. W swoim własnym domu czuła się jak gość, który przyjechał nie w porę.
Wieczorem Anka wróciła z pracy. Przyniosła sernik z cukierni na Grochowskiej – mojej ulubionej. Postawiła na stole, pokroiła, zaparzyła herbatę. Cały rytuał pojednawczy, który znałam na pamięć.
– Mamo, usiądź. Porozmawiamy normalnie.
Usiadłam. Sernik był dobry. Herbata gorąca, z cytryną, jak lubię.
– Posłuchaj – zaczęła Anka, i głos miała miękki, ten sam, którym prosiła o hulajnogę na komunię. – Darek naprawdę potrzebuje gabinetu. Jego szef powiedział jasno: albo osobne stanowisko pracy, albo wracasz do biura. A jeśli wróci do biura, to traci trzy godziny dziennie na dojazdy i nie odłożymy nic. Rozumiesz?
– Rozumiem – powiedziałam. – Nie rozumiem tylko jednego. Dlaczego nie zapytałaś.
– Bo byś się nie zgodziła.
Podniosłam na nią oczy. Patrzyła prosto, bez uników. I to było najgorsze – że miała rację. Nie zgodziłabym się. Ale miałam prawo się nie zgodzić. To było moje mieszkanie, mój pokój, moje łóżko. A ona to wiedziała i dlatego zrobiła to za moimi plecami.
– Anka, to nadal jest moje mieszkanie.
– Wiem, mamo.
– Więc chcę, żebyś to łóżko jutro postawiła z powrotem w moim pokoju.