„Nie wiedziałem”
Wyszli z banku.
Na zewnątrz padał drobny deszcz.
Żenia zatrzymał się przy samochodzie.
— Tania.
Odwróciła się.
— Nie wiedziałem.
— Teraz wiesz.
— Nie wiedziałem, że ona…
Nie skończył.
Tatiana skinęła głową.
— Najgorsze nie jest nawet to, że próbowała zdobyć udział w mieszkaniu.
Żenia spojrzał na nią.
— To co?
— To, że przez cały ten czas broniłeś człowieka, który doskonale wiedział, że nie zadasz mu niewygodnych pytań.
Żenia długo milczał.
W końcu zapytał:
— Chcesz rozwodu?
Tatiana nie odpowiedziała od razu.
Patrzyła na mokry asfalt.
Na odbicie lampy w kałuży.
— Wczoraj myślałam, że boli mnie ten łańcuszek.
Podniosła wzrok.
— Dzisiaj wiem, że złoto nie ma tu żadnego znaczenia.
— To o co chodzi?
— Nie wiem już, gdzie kończy się twoja miłość do matki, a zaczyna uzależnienie od jej aprobaty.
Żenia wyglądał, jakby chciał zaprotestować.
Ale nie zrobił tego.
W tej chwili zadzwonił jego telefon.
Na ekranie pojawiło się jedno słowo:
Mama.
Żenia spojrzał na telefon.
Potem na Tatianę.
Telefon nadal dzwonił.
Raz.
Drugi.
Trzeci.
I po raz pierwszy od początku ich małżeństwa Żenia nie odebrał.
Dzwonek ucichł.
Po kilku sekundach przyszła wiadomość.
Żenia ją otworzył.
Przeczytał.
I zamarł.
— Co napisała? — zapytała Tatiana.
Mąż podał jej telefon.
Wiadomość była krótka:
„Synku, jeśli Tania zacznie opowiadać ci o dokumentach, nie wierz jej. Ona nie zna całej prawdy”.
Tatiana przeczytała.
Oddała telefon.
— No proszę.
— Co?
— Teraz zaczyna się najciekawsze.
Po raz pierwszy od poprzedniego wieczoru Tatiana przestała się bać.
Poczuła ciekawość.
Jeśli Margarita Pawłowna rzeczywiście znała jakąś „całą prawdę”, pozostawało jedno pytanie.
Dlaczego ukrywała ją tak długo?
Pojechali do starego mieszkania
Nie wrócili do domu.
Tatiana sama poprosiła, żeby Żenia skręcił w stronę starej dzielnicy, w której mieszkała Margarita Pawłowna.
Mąż wyglądał na zaskoczonego.
Nie protestował.
W ciągu jednej nocy jego wcześniejsza pewność siebie jakby się wypaliła.
Została ostrożność.
— Po co tu jedziemy? — zapytał, gdy zatrzymali się przed pięciopiętrowym blokiem.
— Chcę coś sprawdzić.
— Co?
Tatiana spojrzała na okna trzeciego piętra.
— Twoją pamięć.
Żenia zmarszczył brwi.
— Pamiętam to mieszkanie.
— Nie. Pamiętasz to, co ci o nim opowiadano.
Nie odpowiedział.
Weszli po schodach.
Winda znowu nie działała.
Na klatce pachniało wilgotnym tynkiem i karmą dla kotów.
Żenia spędził tutaj dzieciństwo.
Wiele razy opowiadał Tatianie te same historie.
Tu rozbił kolano.
Tu chował dzienniczek szkolny.
Na tym parapecie czekał na matkę wracającą z pracy.
A teraz, stojąc przed drzwiami, nagle poczuł coś dziwnego.
Niektóre wspomnienia wydawały się zbyt gładkie.
Zbyt równe.
Jakby były wielokrotnie opowiadane w dokładnie tej samej wersji.
Margarita Pawłowna otworzyła niemal natychmiast.
Była ubrana nienagannie.
Ten sam jedwabny szal.
Te same kolczyki.
I wyraz twarzy osoby, która z góry wie, jaką rolę ma odegrać.
— Żenieczka!
Wyciągnęła ręce do syna.
Żenia jej nie przytulił.
Margarita Pawłowna natychmiast to zauważyła.
Zatrzymała się.
— Co się stało?
— Musimy porozmawiać.
— Oczywiście. Wejdźcie.
Zdjęcie, którego wcześniej nie widział
Tatiana weszła jako ostatnia.
Mieszkanie prawie się nie zmieniło.
A jednak tym razem dostrzegła coś, czego nigdy wcześniej nie zauważyła.
Na ścianie wisiało zdjęcie dziesięcioletniego Żeni.
Obok fotografia młodej Margarity Pawłowny.
Niżej, w zwykłej drewnianej ramce, znajdowało się zdjęcie innego mężczyzny.
Żenia zatrzymał się.
— Tata?
Margarita Pawłowna błyskawicznie zdjęła fotografię.
— Stare zdjęcie.
— Dlaczego nigdy go nie widziałem?
— Byłeś mały.
— Pamiętam ojca.
— Niezbyt dobrze.
— To dlaczego nigdy nie pokazywałaś mi tego zdjęcia?
Margarita Pawłowna położyła ramkę na szafce.
— Nie było po co.
Tatiana obserwowała ją uważnie.
Ruch był zbyt szybki.
Zbyt gwałtowny.
Jak wtedy, kiedy człowiek nie ukrywa przedmiotu.
Ukrywa jego znaczenie.
— Mamo — odezwał się Żenia. — Co miałaś na myśli, pisząc, że Tania nie zna całej prawdy?
Twarz Margarity Pawłowny zmieniła się.
Tylko na moment.
Ale wystarczająco długo, żeby Tatiana to zauważyła.
— Czytałeś moją korespondencję?
— Pokazano mi ją.
— Kto?
— To nieważne.
— Właśnie że ważne!
W jej głosie pojawiła się irytacja.
— Znowu pozwalasz żonie mieszać się w nasze sprawy.
Tatiana spokojnie zdjęła płaszcz.
— Margarito Pawłowno, dzisiaj nie zamierzam się z panią kłócić.
— A co zamierzasz?
— Słuchać.
Teściowa zamilkła.
Tatiana spojrzała na fotografię.
— Proszę opowiedzieć o nim.
— O kim?
— O ojcu Żeni.
Margarita Pawłowna powoli usiadła.
— Zmarł, kiedy Żenia miał cztery lata.
— To wiem.
— Więc po co pytasz?
— Bo wczoraj po raz pierwszy pomyślałam, że pani słowa o tym, że „matkę ma się jedną”, nie były przypadkowe.
Margarita Pawłowna prychnęła.
— I co sobie wymyśliłaś?
— Nic.
Tatiana spojrzała na męża.
— Chcę, żeby sam usłyszał.
Pierwsza część prawdy o ojcu
Margarita Pawłowna odwróciła głowę.
— Nie rozumiesz.
— To proszę wyjaśnić.
Żenia stał przy oknie.
— Mamo.
Kobieta zamknęła oczy.
— Twój ojciec zostawił długi.
Żenia zmarszczył brwi.
— Jakie?
— Duże.
— Dlaczego nigdy mi o nich nie mówiłaś?
— Byłeś dzieckiem.
— A później?
— Później było już za późno.
Żenia zrobił krok w jej stronę.
— Co to znaczy?
Margarita Pawłowna długo patrzyła na syna.
— Sprzedałam jego udział.
Tatiana poczuła, że powietrze w pokoju zrobiło się nagle cięższe.
— Jaki udział? — zapytał Żenia.
— W mieszkaniu.
Pobladł.
— Przecież mówiłaś, że mieszkanie należało do ciebie.
— Tak ci mówiłam.
— A naprawdę?
Margarita Pawłowna odwróciła wzrok.
— Naprawdę połowa należała do twojego ojca.
Zapadła cisza.
Tatiana poczuła chłód wzdłuż kręgosłupa.
— Co stało się z pieniędzmi? — zapytała.
Margarita Pawłowna odpowiedziała dopiero po chwili.
— Spłaciłam długi.
Żenia wpatrywał się w nią.
— Wszystkie?
— Większość.
— A reszta?
Kobieta milczała.
Tatiana zobaczyła, jak palce teściowej zaczynają przesuwać się po brzegu szala.
Raz.
Drugi.
Trzeci.
— Mamo.
— Resztę wydałam na ciebie.
— Na mnie?
— Na twoje leczenie.
Żenia zamarł.
— Jakie leczenie?
Margarita Pawłowna uniosła oczy.
— Nie pamiętasz?
Żenia pokręcił głową.
I właśnie wtedy Tatiana po raz pierwszy zobaczyła na twarzy teściowej coś innego niż pewność siebie.
Strach.
Prawdziwy.
„Musiałam wybierać”
— Kiedy miałeś cztery lata, bardzo ciężko zachorowałeś — powiedziała Margarita Pawłowna. — Lekarze mówili, że czeka cię długa rekonwalescencja. Nie mogłam wtedy pracować tyle, ile wcześniej.
Żenia patrzył na nią w milczeniu.
— Musiałam wybierać.
— Między czym a czym?
— Między prawdą a tobą.
Żenia wyglądał, jakby zupełnie nie rozumiał.
— Jaką prawdą?
Margarita Pawłowna zasłoniła część twarzy dłonią.
— Twój ojciec nie umarł z powodu choroby.
Żenia znieruchomiał.
Tatiana powoli wyprostowała plecy.
— Zginął w wypadku — powiedziała Margarita Pawłowna. — Ale wcześniej podpisał dokumenty, które mogły całkowicie zmienić nasze życie.
— Jakie?
— Polisę ubezpieczeniową.
Żenia patrzył na matkę.
— Ubezpieczył życie na dużą sumę.
— Dlaczego więc nie dostałaś tych pieniędzy?
— Dostałam.
Żenia zmarszczył brwi.
— To gdzie one są?
Margarita Pawłowna milczała.
I wtedy Tatiana zrozumiała.
Nie stopniowo.
W jednej chwili.
Jakby ktoś oblał ją lodowatą wodą.
Spojrzała na fotografię ojca Żeni.
Potem na teściową.
Następnie na męża.
— Mówiła pani, że mieszkanie trzeba było sprzedać z powodu długów.
Margarita Pawłowna zamknęła oczy.
— Tak.
— Ale pieniądze z ubezpieczenia wystarczały na ich spłatę?
Nie odpowiedziała.
— Wystarczały? — powtórzyła Tatiana.
— Tak.
Żenia cofnął się o krok.
— To dlaczego?
Margarita Pawłowna zaczęła płakać.
Nie głośno.
Łzy po prostu pojawiły się na jej twarzy.
Jakby po latach ktoś wreszcie odkręcił zardzewiały zawór.
— Bo bałam się zostać sama.
Strach, który zamienił się w kontrolę
Żenia nic nie powiedział.
— Po twoim ojcu zostałeś mi tylko ty — szepnęła Margarita Pawłowna. — Bałam się, że dorośniesz i odejdziesz.
Otarła policzek.
— Że założysz własną rodzinę, a ja stanę się nikomu niepotrzebna.
Tatiana patrzyła na nią.
Nie czuła prostej litości.
Raczej coś znacznie bardziej skomplikowanego.
Rozumienie motywu.
Nie jego usprawiedliwienie.
Czasem człowiek buduje wokół siebie twierdzę nie po to, żeby chronić się przed wrogami.
Tylko po to, żeby nikt nie mógł odejść.
— Dlatego przez wszystkie te lata powtarzała pani, że matkę ma się jedną? — zapytała Tatiana.
Margarita Pawłowna nie odpowiedziała.
— Dlatego pisała pani do prawnika w sprawie mieszkania?
— Chciałam mieć gwarancję.
— Czego?
Margarita Pawłowna spojrzała na synową.
— Że mnie nie zostawią.
Tatiana powoli skinęła głową.
Teraz rozumiała więcej.
Ale zrozumienie nie było tym samym co przebaczenie.
Żenia zadał jeszcze jedno pytanie
Stał nieruchomo.
W końcu odezwał się:
— Mamo.
— Co?
— A łańcuszek?
Margarita Pawłowna otarła łzy.
— Co z nim?
— Dlaczego pozwoliłaś mi kupić go na kredyt?
Kobieta zamilkła.
Żenia patrzył na nią bez odrywania wzroku.
— Powiedziałaś, że powinienem ci udowodnić, że o tobie nie zapomniałem.
Margarita Pawłowna odwróciła głowę.
I wtedy Tatiana zauważyła coś, czego wcześniej nie widziała.
Nie skruchę.
Upór człowieka, który zbyt długo żył we własnej wersji wydarzeń, żeby łatwo z niej zrezygnować.
— Żenia — powiedziała Tatiana cicho. — Powinniśmy już iść.
Mąż się nie ruszył.
— Mamo.
Margarita Pawłowna podniosła wzrok.
— Tak?
— Nie zostawię cię.
Teściowa cicho zaszlochała.
Żenia jednak mówił dalej:
— Ale więcej nie będę wybierał ciebie zamiast swojej rodziny.
Tatiana spojrzała na męża.
Po raz pierwszy od bardzo dawna nie chciała się kłócić.
Nie musiała niczego udowadniać.
Nie musiała go przekonywać.
To były jego słowa.
Nie jej.
„Między strachem a nami”
Wyszli z mieszkania.
Na klatce schodowej Żenia długo milczał.
Dopiero przy drzwiach wejściowych do budynku zatrzymał się.
— Tania.
— Co?
— Te dokumenty dotyczące mieszkania…
Tatiana od razu zrozumiała.
— Nie zamierzam zabierać twojej części.
Żenia spojrzał na nią zaskoczony.
— To dlaczego wszystko tak zabezpieczyłaś?
Tatiana przez chwilę milczała.
— Żebyś kiedyś mógł sam dokonać wyboru.
— Jakiego?
Otworzyła drzwi.
Uderzyło w nich zimne powietrze.
— Między strachem a nami.
Żenia wyszedł za nią.
Na trzecim piętrze została Margarita Pawłowna
Stała przy oknie.
Patrzyła, jak syn i synowa odchodzą.
Na stole przed nią nadal leżało zamknięte aksamitne pudełeczko.
Po chwili podeszła.
Usiadła.
Powoli je otworzyła.
Złoty łańcuszek błysnął w półmroku.
Dopiero wtedy Margarita Pawłowna zauważyła coś pod pudełkiem.
Cienką kopertę.
Nie było jej tam wcześniej.
Na kopercie zapisano jej imię.
Margarita Pawłowna spojrzała na pismo.
Rozpoznała je natychmiast.
Nie musiała porównywać liter.
Nie musiała zastanawiać się, gdzie wcześniej widziała ten charakterystyczny sposób stawiania znaków.
To był charakter pisma jej męża.
Mężczyzny, który nie żył od lat.
Patrzyła na kopertę bez ruchu.
Bo to nie mogło być możliwe.