Młodzi mieszkają u mnie trzeci rok, „bo kredyt teraz to samobójstwo”. Z sanatorium wróciłam dzień wcześniej. Moje łóżko stało na balkonie pod

Młodzi mieszkają u mnie trzeci rok, „bo kredyt teraz to samobójstwo”. Z sanatorium wróciłam dzień wcześniej. Moje łóżko stało na balkonie pod folią, a w moim pokoju zięć przykręcał biurko – „będzie gabinet, bo pracuję zdalnie”.

Stałam w progu z walizką na kółkach i patrzyłam, jak Darek wkręca ostatnią śrubę w blat. Nawet mnie nie usłyszał – miał słuchawki na uszach, te duże, które zakrywają pół głowy. Na podłodze leżał mój dywanik z różami, zwinięty w rulon i odstawiony pod ścianę jak coś, co czeka na śmietnik. Na parapecie zamiast moich fiołków stały dwa monitory.

– Darek – powiedziałam głośniej.

Podskoczył. Zdjął słuchawki, oczy mu się rozszerzyły.

– O, mamo! Miała pani wrócić jutro!

– Wróciłam dziś.

Cisza. Patrzył na mnie, potem na biurko, potem znów na mnie. Widziałam, jak szuka słów, jak mu się przesuwają za oczami różne wersje wyjaśnień.

– Mieliśmy panią… to znaczy, chcieliśmy panią miło zaskoczyć. Ale najpierw porozmawiać. Anka miała zadzwonić.

– Anka wie? – zapytałam.

– To był jej pomysł.

Te cztery słowa uderzyły mocniej niż widok łóżka na balkonie. Bo łóżko mógł wynieść zięć – w końcu to obcy człowiek, którego znałam od pięciu lat. Ale Anka? Moja córka?

Mam na imię Halina, mam sześćdziesiąt dwa lata i od trzydziestu ośmiu pracowałam jako księgowa – najpierw w spółdzielni, potem w firmie budowlanej, a ostatnie lata na pół etatu, bo kolano dawało w kość. Na emeryturę przeszłam dwa lata temu. Mieszkanie na Gocławiu – trzypokojowe, z wielkiej płyty, ale po remoncie, ładne. Kupiłam je z mężem Staszkiem w dziewięćdziesiątym trzecim. Staszek odszedł osiem lat temu, rak trzustki, szybko i bez litości. Zostałam sama w trzech pokojach.

Kiedy Anka z Darkiem powiedzieli, że chcą się wprowadzić „na chwilę, mamo, rok najwyżej, odłożymy na wkład własny” – nie wahałam się ani sekundy. Oddałam im duży pokój. Sama zostałam w swoim, tym mniejszym, z widokiem na kasztanowce. Mieściło się łóżko, szafa, stolik pod telewizor. Wystarczało.

Rok zamienił się w dwa. Dwa w trzy. Wkład własny jakoś nie rósł, bo Darek zmienił pracę, bo Anka zrobiła kurs florystyczny, bo samochód się zepsuł, bo wakacje w Grecji – „mamo, musimy odpocząć, nie rozumiesz?”. Rozumiałam. A przynajmniej próbowałam.

Do sanatorium w Krynicy pojechałam na trzy tygodnie. NFZ, kolano, standardowa sprawa. Dostałam zabiegi, chodziłam na spacery, piłam wodę zdrojową i po raz pierwszy od trzech lat spałam w mieszkaniu, w którym nikt nie włączał o jedenastej wieczorem blendera do koktajli proteinowych. Wracać miałam w piątek. Ale pani doktor powiedziała, że ostatni zabieg mogę pominąć, bo kolano reaguje dobrze. Więc wróciłam w czwartek.