CZĘŚĆ 2: Arthur, albo „Grizz”, jak głosiła jego kamizelka, skinął głową, powolnym, ciężkim ruchem. Nie uśmiechnął się. Nie szukał pochwał ani nie pytał, czy są jakieś kamery. Wyglądał jak człowiek, który właśnie zakończył bardzo długą i bolesną pracę, taką, która czekała na niego pół wieku.
Postępowałem zgodnie z instrukcjami. Sprawdziłem jego płuca pod kątem świstów, osłuchałem serce. Było silne, uparte, biło równo i rytmicznie, teraz, gdy ciepło w końcu wracało do jego tułowia. Usiadłem na wózku inwalidzkim w sali pooperacyjnej; sala nagle wydała mi się bardzo mała.