Mąż przez lata mówił, że nie dostał podwyżki. Po jego śmierci syn pojechał do kadr po świadectwo pracy. Okazało się, że od 2012 roku zarabiał prawie dwa razy tyle, ile przynosił do domu.
– Mamo, musisz usiąść – powiedział Kamil przez telefon, a ja od razu wiedziałam, że coś jest nie tak, bo mój syn nigdy nie każe mi siadać.
Stałam za ladą w swoim sklepie papierniczym na Żeromskiego, kończyłam rozkładać nową dostawę zeszytów, i te zeszyty po prostu wysypały mi się z rąk. Kamil pojechał do kadr Stanisława po świadectwo pracy – zwykła formalność po pogrzebie, potrzebna do ZUS-u.
– Tato zarabiał prawie dwa razy tyle, ile myślałaś – powiedział. – Od dwa tysiące dwunastego roku. Czternaście lat, mamo.
Zamknęłam sklep godzinę przed czasem. Pierwszy raz od osiemnastu lat, odkąd go otworzyłam. Wywiesiłam kartkę “nieczynne z przyczyn rodzinnych” i pojechałam do domu autobusem, chociaż normalnie chodzę pieszo – pięć przecznic przez Radom, kwadrans spokojnym krokiem. Ale tego dnia nogi mi się trzęsły.
Stanisław zmarł miesiąc temu. Sześćdziesiąt trzy lata, udar w pracy, na zmianie. Nawet nie zdążyli go zabrać ze stołówki. Ktoś dzwonił do mnie ze szpitala, ale ja do dzisiaj nie pamiętam tej rozmowy. Pamiętam za to, że kiedy weszłam do jego szafki w zakładzie, znalazłam czyste ubranie na zmianę, kubek z napisem “Najlepszy Dziadek” i zdjęcie moje z trzydziestego piątego urodzin.
Trzydzieści osiem lat małżeństwa. Tak mi się wydawało – trzydzieści osiem lat, w których się znaliśmy.
Kiedy Kamil przyjechał wieczorem z teczką dokumentów, rozłożył wszystko na kuchennym stole. Świadectwo pracy, zaświadczenia, jakieś wydruki, które kadrowa dała mu “na wszelki wypadek”. Patrzyłam na te cyfry i nie rozumiałam.
Stanisław pracował w fabryce od dwudziestu sześciu lat, ostatnie lata jako brygadzista. Co miesiąc przynosił do domu pensję i mówił – tyle dali, więcej się nie da. Ja nie dopytywałam. Prowadziłam swój sklep, zarabiałam swoje, razem jakoś to ciągnęliśmy. Nie żyliśmy bogato, ale się nie skarżyliśmy.
A te wydruki mówiły, że od dwunastego roku Stanisław zarabiał znacznie więcej, niż pokazywał. Nie dwa razy tyle – Kamil trochę przesadził przez telefon – ale różnica była ogromna. Wystarczająco duża, żeby przez czternaście lat uzbierać kwotę, o której nie chcę nawet myśleć.
– Gdzie są te pieniądze? – zapytał Kamil.