Ojciec przed śmiercią przepisał dom na młodszego brata. Mnie zostawił list. Brat sprzedał dom po trzech miesiącach i wyjechał do Irlandii. Na moje wiadomości nie odpowiada.
Gdyby ktoś mi powiedział pięć lat temu, że będę stała na pustym podwórku rodzinnego domu i patrzyła na tabliczkę “Sprzedane”, pomyślałabym, że żartuje.
A jednak stałam. W kurtce za cienką na marcowy wiatr, z listem od ojca w torebce i z uczuciem, że grunt usuwa mi się spod nóg – dosłownie i w przenośni.
Tata zachorował jesienią, dwa lata przed śmiercią. Rak płuc, nieoperacyjny. Wiedziałam, że to kwestia czasu, ale jakoś nigdy nie wyobrażałam sobie, co będzie potem.
Byłam wtedy już po rozwodzie – Darek odszedł cztery lata wcześniej, zostawiając mnie z dwójką nastolatków i kredytem za mieszkanie, które ledwo spłacałam z pensji urzędniczki w starostwie. Moja młodsza siostra Jola, też rozwiedziona, mieszkała pod Lublinem z córką. A nasz najmłodszy – Kamil – krążył między dorywczymi pracami i kolejnymi dziewczynami, nigdy na dłużej w jednym miejscu.
Tata zawsze miał o nim osobne zdanie. “Kamil jeszcze się odnajdzie” – powtarzał, kiedy brat znów tracił robotę albo prosił o pieniądze. “On jest wrażliwy, po matce”. Mama umarła, kiedy miałam dwadzieścia lat. Tata nigdy się z tym nie pogodził, a w Kamilu widział coś z niej – może tę bezradność, może sposób patrzenia. Nie wiem. Wiem, że to bolało.
Kiedy tata leżał już w domu, na łóżku wyniesionym do salonu, jeździłam do niego trzy razy w tygodniu. Pięćdziesiąt kilometrów w jedną stronę po pracy, potem pięćdziesiąt z powrotem. Jola przyjeżdżała w weekendy.
Kamil wpadał raz na dwa tygodnie, na godzinę. Siadał przy łóżku, trzymał tatę za rękę, milczał. Tata się przy nim rozjaśniał – jakby to Kamil był tym, który przejechał pięćdziesiąt kilometrów w deszczu.
O przepisaniu domu dowiedziałam się od notariuszki – zadzwoniła tydzień po pogrzebie z pytaniem o jakiś dokument. Byłam tak zaskoczona, że poprosiłam ją o powtórzenie. “Akt darowizny nieruchomości na rzecz Kamila Wojciechowskiego, sporządzony w październiku” – powiedziała tonem, jakby mówiła o pogodzie. Październik. Tata żył wtedy jeszcze trzy miesiące. Jeździłam do niego, gotowałam, prałam pościel, a on w tym czasie po cichu przepisywał dom na syna.
Kiedy zadzwoniłam do Kamila, odebrał od razu. Był spokojny. “Tata tak chciał” – powiedział. “Zostawił ci list, jest w szufladzie w sypialni”.